Od tygodnia przebywam w Pekinie na wakacjach. Wróciłem do tego miasta po rocznej przerwie. Skusiło mnie przede wszystkim to, co zobaczyłem rok temu podczas Igrzysk Olimpijskich.

Rok po igrzyskach Pekin wygląda zupełnie inaczej. Każdy tu jest zainteresowany swoją pracą i tym, aby wyciągnąć ze swoich klientów jak najwięcej pieniędzy. Patrząc na Pekin pod kątem pingponga, to zmienił się nie do poznania. W zeszłym roku było mnóstwo reklam z tenisistami stołowymi w roli głównej, na każdym kroku były sklepy, gdzie można było kupić „coś” związanego z naszą dyscypliną, ba, można było nawet pograć w pingponga sobie w markecie.
Teraz jest inaczej. Przez kilka ostatnich dni, szukaliśmy profesjonalnego klubu do tenisa stołowego. Szukaliśmy różnie, pytaliśmy taksówkarzy, recepcjonistki w hotelu, ludzi w sklepach sportowych, nawet policjantów. Tylko garstka z nich pokierowała nas do miejsc, gdzie grają w „Ping Pang Qiu”. Okazuje się, że Chińczycy rozumieją pojęcie „klub” jako miejsce, gdzie można sobie pograć amatorsko w m.in. bilarda czy w tenisa stołowego. Takich „klubów” znaleźliśmy w sumie cztery. Dopiero za piątym razem, po telefonach do Chińczyków mieszkających w Polsce i małej pomocy z ich strony, uzyskaliśmy poprawny adres, gdzie trafiliśmy do gimnazjum, w którym trenuje się wyczynowo tenis stołowy. Miałem przyjemność zagrać z byłym mistrzem Beijing, a obecnie trenerem młodzieżowej reprezentacji tego miasta, Panem Lee. Niestety, tylko tyle zrozumiałem z jego słabej angielszczyzny. W sumie grał nieźle…
Miałem też przyjemność grać w jednym w nielicznych w Chinach kościołów katolickich. Rozegrałem małą partyjkę z nauczycielem malarstwa.
W sumie w tenisa stołowego gra tu prawie każdy, niemniej jednak, tenis stołowy nie jest tak pokazywany „na zewnątrz”, jak to było rok temu.
Jutro mam zamiar zwiedzić Shijiazhuang, a w okolicach środy mam w planach wyjazd do Tianjin, na China Open.
Serdecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników Magazynu Polski PingPong.
z Pekinu
Paweł Gąsiorski